Dzień niespodzianka! Miał być Psiloritis, tymczasem asfalt skończył nam się 9km przed punktem startowym i szkoda było Yariski na takie wertepy. Mogliśmy po prostu zawrócić i pojechać dalej, ale okolica była tak piękna, że zaparlam się, żeby znaleźć jakąś alternatywę. I tak trafiliśmy na prawdziwą perełkę, której w ogóle nie miałam w planie: Platania Gorge! Piękny, zupełnie bezludny kanion (na całej trasie minęliśmy raz dwójkę ludzi) i majestatycznie krążące nad całością sępy. Trasa nie jest długa, ale widokowo bardzo urozmaicona, 6km poprowadzone piękną pętlą. Na końcu trasy czeka malutki kościółek św. Antoniego, przyklejony do skały, warto tam zajrzeć.


























Droga powrotna w towarzystwie kri kri, sępów i obłędnych widoków! Oraz łez: najpierw wzruszenia, bo jak patrzę na szybujące ptaki, to im tak zazdroszczę wolności! A potem bólu, po poślizgnelam się na luźnych kamieniach i podparłam ręką o okrutnie ostre krzaki, których tu pełno (sarcopoterium/thorny burnet) i rany kłute w ręce, jak po ukrzyżowaniu 😉 Reszta drogi minęła już bez przygód i po 3h znów doszliśmy do auta, przez malowniczą wioskę Platania. Wszystko tam kwitnie: karczochy, kaktusy, róże i goździki – pachnące 10x bardziej niż nasze! Cudnie 😍














Leave a comment